Processed with VSCOcam with f2 preset

It’s easy to be busy (but not necessarily smart)

W XXI. wieku panuje kult bycia zajętym i zarobionym. Jeśli nie masz 150 pozycji na Twoim Wunderliście i 25 spotkań w Google Calendar, to jesteś nieprzydatnym społecznie śmieciem i idź się ukaraj – obojętnie jak, byle dotkliwie i boleśnie.

Oprócz stresu, łupieżu i dziur w pamięci, jego skutkiem jest chroniczne poczucie winy, które fachowo nazywa się „syndromem bezużytecznej szmaty”. O diagnozę nie trudno. Słuchając ludzi można wywnioskować, że jest powszechny, zaraźliwy i że powinien stać się jednostką chorobową, której leczenie refunduje NFZ. O ile będzie miał zaraz za co.

Skąd ten wirus? Wszystko stało się zero jedynkowe, a ludzie brutalnie krytyczni. Ogólnie albo latasz jak kot z pęcherzem i nie wiesz „którędy na górę”, albo nie przesuwasz dupska przez cały dzień o milimetr. To ostatnie nie ma nic wspólnego z odpoczynkiem, bo przecież od środka niczym gangrena pożerają Cię wyrzuty sumienia, a wstyd za nieróbstwo paraliżuje Cię nawet przez sen. Wygląda na to, że wpadliśmy w pułapkę własnych oczekiwań, których nie chce nam się spełniać.

Czy można mówić o epidemii? Owszem, szczególnie w dużych ośrodkach miejskich. Narażone są wszystkie grupy wiekowe, dochodowe i religijne. Po zarażeniu tracisz racjonalne podejście i zaczynasz kręcić się wokół własnego ogona.

Przyjrzyjmy się temu w praktyce:

1. Wyznaczasz sobie nierealistyczne cele dotyczące produktywności – żeby je wszystkie zrealizować musiałbyś nagiąć czasoprzestrzeń i przeżyć życie 3 razy.
2. Podświadomie zdajesz sobie sprawę, że ten misterny plan jest o kant dupy potłuc, więc nawet z nim nie startujesz.
3. Biczujesz się, bo jesteś zerem, które nie potrafi się za nic zabrać, a tym bardziej czegokolwiek doprowadzić do końca.

Jak wyglądałby scenariusz alternatywny?

1. Zapisujesz sobie 2-3 sprawunki, które chcesz załatwić.
2. Czujesz się jak nieprzystosowany do życia nierób, który nie zasługuje na tlen.
3. Biczujesz się, bo jesteś zerem, którego nikt nie potrzebuje i w tym tempie nigdy niczego w życiu nie osiągniesz.

Dzisiaj bohaterem jest ten, kto tak goni, że taczki nie ma kiedy załadować. Pocę się, więc jestem – chciałoby się rzec. Tylko co potem (!) ?

Nic, wielkie tłuste nic. Nie dość, że nic nie zrobiłeś i nie zrobisz, to jeszcze znienawidziłeś sam siebie. Na bogów, szanuj się. Zasiądź, zastanów się, co jest priorytetem i zmuś się do zrobienia tego na przyzwoitym poziomie. Wystarczy. Satysfakcja gwarantowana. W przeciwnym wypadku się wykończysz.

Dolce farniente powinno stać się rytuałem i nieodłączną częścią rutyny. Zamiast dorzucać na listę piętnastą pozycję z serii „osiągam wielkie cele” i „ulepszam siebie”, to zafunduj sobie dobrej jakości obijanie. Zapraszam na kanapę!

Obiecuję, że ja też spróbuję.

Brak komentarzy

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>